Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Brian May
Inny Świat

Poniższy wywiad pochodzi z Tylko Rocka, 7(83)/98, str. 20-23.

Artykuły i wywiady


Poczułem się trochę nieswojo, gdy dotarłem już do gmachu EMI w dzielnicy Hammersmith w Londynie i okazało się, że dalej pojadę wielką czarną limuzyną. Szofer ukłonił mi się w pas, otworzył drzwi gdy wsiadłem, zamknął je za mną i ruszyliśmy. Wycieczka trwała ponad godzinę. Wycieczka, bo z wnętrza samochodu mogłem podziwiać wiele historycznych miejsc, choćby pałac w Windsorze. A także dawną posiadłość Johna Lenonna w Ascot. Wreszcie dotarliśmy na miejsce - do wiejskiej rezydencji Briana Maya w Windlesham w hrabstwie Surrey. Artysta po prostu siedział sobie na ławce przed domem. Gdy podszedłem, przywitał się i zaprosił mnie do środka. Usiedliśmy w dużym pokoju wśród instrumentów oraz porozrzucanych malowniczo ubrań i różnych rupieci. Brian sprawiał wrażenie, jakby wolał porozmawiać o Polsce, gdzie bardzo mu się podobało i dokąd znowu się wybiera jesienią, niż o nowej płycie Another World, o swoim życiu, o Queen. A jednak już po kilku pytaniach dał się wciągnąć do rozmowy. Gadaliśmy dłużej niż było przewidziane. Niżej tylko fragmenty tej pogawędki.
We własnym świecie

- Skąd jesteś, z Krakowa?

- Nie, z Warszawy.

- Byłem w Warszawie - na uroczystości wręczenia nagród...(Fryderyków - przyp. ww). Spędziłem tam naprawdę wspaniałe chwile. Nie mogę się już doczekać powrotu do Polski. Taaak. To była niezwykła podróż.

- Pozwól, że pogratuluję ci Another World. Bardzo mi się podoba twoja nowa płyta...

- Dziękuję bardzo.

- Podobno pracowałeś nad nią trzy lata...

- Trzy? Od momentu, kiedy zacząłem minęło chyba dwa razy tyle (śmiech). Ale wydaje mi się, że masz rację - same nagrania trwały jakieś trzy lata.

- Co było punktem wyjścia?

- Inspiracja do napisania niemal wszystkich utworów, jakie znalazły się na tej płycie, przyszła z zewnątrz. Wiesz, ja jestem typem faceta, który żyje we własnym świecie, wśród własnych odczuć i myśli. A jednak, aby napisać piosenkę, potrzebuję impulsu z zewnątrz, potrzebuję wyzwania. I tak było w przypadku prawie wszystkich piosenek z Another World - z jednym czy dwoma wyjątkami. Miałem napisać coś do filmu, coś dla radia, coś dla telewizji, coś do gry komputerowej i tak dalej. Punktem wyjścia było więc zwykle konkretne zamówienie. Ale kiedy już zaczynam pracować nad utworem, zazwyczaj staje się czymś innym niż miał być. Nagle zdaję sobie sprawę, że wkładam w niego bardzo wiele z siebie...

- Another World to płyta lżejsza i bardziej radosna niż Back To The Light...

- Tak, masz rację.

- Co spowodowała tę zmianę?

- Myślę, że spowodował ją wpływ świata zewnętrznego. Podczas pracy nad Another World zmusiłem się do tego, by wyleźć z mojej skorupy i nawiązać bliższy kontakt z innymi ludźmi, chociażby z muzykami, których zaprosiłem do udziału w nagraniach. I chyba się udało. Chwilami miałem nawet wrażenie, że znalazłem się w trochę lepszym świecie (aluzja do tytułu płyty - przyp. ww). Przypuszczam, że nie miałeś jeszcze w ręku płyty w takiej wersji, w jakiej trafi do sklepów?

- Nie. Przegrano mi muzykę na kasetę.

- No tak. Nie znasz więc komentarza, który umieściłem na okładce. Napisałem coś w rodzaju: "Przykro mi, ale tak naprawdę to nie udało mi się dotrzeć do tego innego świata. Mam uczucie, że byłem już o krok, ale do celu nie dotarłem". Wiesz, nie opuszcza mnie nadzieja - co chyba normalne, jeśli traktuję swoją twórczość serio - że ta płyta pomoże komuś ze słuchaczy odbyć tę podróż. Zdaję sobie jednak sprawę, że jest to dzieło nieskończone. W pewnym momencie dotarło do mnie, że nic na to nie poradzę. I nie pozostało nic innego, jak powiedzieć sobie: "Może następnym razem..." O tym właśnie jest mowa w komentarzu na okładce, pomyślanym jako szczere rozliczenie z mojej podróży. Musiałem przyznać, że powstała płyta, której nie można nazwać dziełem skończonym... Która nie ma tej głębi, na jakiej mi zależało...

- Na której jednak nie brak świetnych utworów, jak Business, China Belle, Cyborg czy Wilderness...

- Aha...
Całkowite zaćmienie słońca

- Business to rzecz dość gorzka...

- Business zacząłem pisać z myślą o serialu telewizyjnym. Jest to historia faceta, który za wszelką cenę chce osiągnąć w życiu sukces i jest tego bliski, ale ostatecznie ponosi porażkę. Bardzo spodobał mi się ten scenariusz. I przyjąłem zamówienie na tę muzykę. A miały to być tylko jakieś strzępy, motywy. Tymczasem ja od początku miałem w głowie całą piosenkę. I gdy tylko wywiązałem się z zadania i oddałem stacji telewizyjnej taśmę z gotowymi fragmentami o charakterze ilustracyjnym, zabrałem się do pisania czegoś większego. To ważny utwór na płycie. W pewnym sensie nadaje jej ton. Jest to bowiem opowieść o wędrówce przez życie. I o tym, że prędzej czy później człowiek musi nauczyć się liczyć tylko na siebie. To lekcja, jaką daje nam życie. Nawet jeśli otacza nas wiele przyjaznych osób, tak naprawdę jesteśmy zdani tylko na siebie. Jak ty to widzisz?

- Bardzo podobnie.

- Z takich odczuć zrodził się mój utwór... Wiesz, moim zdaniem osób żyjących w szczęśliwych związkach. Jeśli nie potrafisz znaleźć poczucia bezpieczeństwa w sobie samym, jesteś kiepskim oparciem dla swojej partnerki i wasz związek bardzo łatwo może się rozsypać. O takich sprawach rozmyślałem, pisząc Business...

- Z kolei China Belle to dość zabawna piosenka...

- Tak. I właśnie o coś tak zabawnego mi chodziło. Pomysł narodził się, gdy byłem w Chinach. Pojechałem do Azji specjalnie po to, aby zobaczyć całkowite zaćmienie słońca. I nie żałuję. To było niesamowite przeżycie. Czy widziałeś kiedyś całkowite zaćmienie słońca?

- Niestety nie.

- To coś nie z tego świata! Już wcześniej zdarzało mi się widzieć zaćmienia częściowe, kiedy najpierw Słońce jest widoczne coraz mniej, a potem jest widoczne coraz bardziej, ale to nie to samo. W ciągu tych dwóch, trzech minut całkowitego zaćmienia wszystko się zmienia. To najbardziej radykalna przemiana, jakiej można doświadczyć! Wszystko, dokładnie wszystko, co cię otacza zmienia się nie do poznania. Nie da się tego opisać! W jednej chwili niebo staje się czarne i ukazują ci się wszystkie gwiazdy. Możesz odnieść wrażenie, że na tym skrawku skały, na którym się usadowiłeś, zostałeś nagle wyniesiony w górę i przed twoimi oczami rozciąga się Układ Słoneczny w całej swej okazałości. Albo jakby układ słoneczny runął wprost na ciebie. Widzisz słońce, planety, gwiazdy. Masz wrażenie, że jesteś w stanie ogarnąć wzrokiem Kosmos. Ukazuje ci się całe jego piękno. Niesamowite doświadczenie! Ale do rzeczy. Celem mojej wyprawy była Mongolia, stamtąd oglądałem zaćmienie Słońca. Przy okazji jednak postanowiłem trochę pozwiedzać. I tak trafiłem do Pekinu. Jeździłem po tym mieście autobusem. I wtedy narodziła się piosenka China Belle. Zetknięcie z Chinami było dla mnie czymś, co nazwałbym szokiem kulturowym. Myślę, że Europejczykowi bardzo trudno zrozumieć tamten świat, reguły, które rządzą życiem tych ludzi. Wszystko jest tak inne! Ale gdy tam byłem, przyszło mi do głowy, że byłoby czymś zabawnym napisać piosenkę wzorowaną na tych wszystkich amerykańskich utworach o dziewczynach, wiesz co mam na myśli, kawałki w rodzaju Route 66, ale osadzoną w realiach Pekinu. Bardzo rozbawił mnie ten pomysł. I zdecydowałem się sobie pofolgować (śmiech). W rezultacie pisanie tej piosenki było przednią zabawą. Chociaż są w niej i poważniejsze akcenty. Na przykład refleksja, że chociaż żyjemy w tak różnych światach, bardzo wiele nas przecież łączy. Miłość, seks, ból - to znamiona ludzkiej egzystencji pod każdą szerokością geograficzną. "China Belle" to jednak przede wszystkim parodia tych wszystkich starych piosenek amerykańskich - z założenia niepoprawna politycznie (śmiech).
Ziemia jałowa

- Cyborg to wyprawa w świat fantastyki naukowej...

- Poproszono mnie o napisanie muzyki do gry video o walce robotów. I miał to być taki sobie utwór o robocie. Gdy już jednak zabrałem się do pracy, ujrzałem w niej wyzwanie. Pomyślałem sobie: "Chcę stać się tym robotem, wiedzieć, co on czuje, wedrzeć się do jego wnętrza". I zacząłem pisać tę piosenkę, jakby dotyczyła ona człowieka. A to oczywiście oznaczało, że będzie to rzecz o mnie samym, o moich frustracjach. Ale tak jak "China Belle" miało to być coś zabawnego. Chociaż temat jest w gruncie rzeczy poważny. "Cyborg" to bowiem utwór o walce jaką toczymy, by przezwyciężyć ograniczenia własnego ciała. O tym, że raczej czujemy się kontrolowani przez własny los, niż panujemy nad nim. O tym, jak szamoczemy się, próbując przełamać reguły gry, które rządzą naszym istnieniem. Taak... Niełatwo nadać życiu sens... Nie wiem, czy słyszałeś o śmierci Cozy'ego Powella...

- Owszem, przeżyłem ją tym boleśniej, że zetknąłem się z nim, poznałem go. Był w Warszawie z grupą Petera Greena. Przeprowadziłem z nim wywiad dla "Tylko Rocka". Zrobił na mnie wrażenie kogoś niezwykle miłego...

- To najcudowniejszy facet, jaki stąpał po tej ziemi... Jego śmierć to coś przerażającego... Wszyscy pogrążyliśmy się w smutku - był tu niemal lokatorem. W ciągu ostatnich dwóch, trzech lat jego perkusja była prawie zawsze rozstawiona w tym francuskim saloniku, przez który przechodziliśmy... Jak zresztą widziałeś, stoi tam nadal... Wiesz, zawsze gdy miałem ochotę popracować i potrzebowałem kogoś do pomocy, dzwoniłem do Cozy'ego. A on odpowiadał: "Już jadę! Zaraz będę!". I zjawiał się pełen entuzjazmu, pełen niesamowitej energii. A grał cudownie. Był wyjątkowym muzykiem. I nie chodzi mi o szybkość, o technikę, choć oczywiście i pod tym względem był świetny. Chodzi mi o pierwiastek ludzki, który był w jego grze, o niesamowitą pasję, o namiętność. Wspaniały bębniarz. Naprawdę nie wiem, jak sobie bez niego poradzę. Jesienią miałem zamiar jechać w trasę. Wszystko zostało zaplanowane już dość dawno. Ostatnia moja rozmowa z Cozym dotyczyła właśnie wspólnych koncertów. Powiedziałem mu, jak bardzo się cieszę, że znalazł czas, by ze mną pojechać. A i on był pełen entuzjazmu. Teraz jednak muszę się zastanowić co robić. Szczerze mówiąc, chciałem nawet odwołać trasę. Na razie tego nie zrobiłem. Ale też nie podjąłem żadnych kroków, by znaleźć perkusistę. Do nikogo jeszcze nie dzwoniłem. Nie będzie łatwo zastąpić Cozy'ego...

- Opowiedz mi jeszcze o okolicznościach powstania Wilderness...

- To wyjątek na płycie. Nikt nie zamawiał tej piosenki. Ale musiałem chyba mieć jakiś powód, żeby ją napisać? (śmiech) Pamiętam, że narodziła się pewnej nocy. Gdy czułem się bardzo przygnębiony i nagle usłyszałem w sobie tą melodię, ogromnie smutną i graną jakby na akustycznych instrumentach. I gdy później znalazłem się w studiu, by nagrać coś zupełnie innego, pomyślałem sobie: "Muszę utrwalić tę muzykę, która mną zawładnęła". Przypuszczam, że była ona uzewnętrznieniem tego, jak się wtedy czułem. I z marszu ją nagraliśmy. Uwielbiam robić takie rzeczy. To moim zdaniem najwspanialsze chwile, gdy nie robi się niczego mechanicznego, a pracuje nad czymś, co wyniknęło w danej chwili. Tak, to było bardzo przyjemne doświadczenie. Najpierw nagraliśmy podkład. A później dograłem wstępna partię wokalną, chociaż nie miałem jeszcze tekstu - z wyjątkiem kilku słów, takich właśnie jak "wilderness", które narzucało się samo, mniej więcej bowiem wiedziałem, o czym ma być ta piosenka. No a potem wrzuciłem tę taśmę gdzieś na półkę i właściwie o niej zapomniałem. Ale kto tylko pojawił się w studiu - mam na myśli muzyków, którzy przewijają się przez mój dom - natychmiast chwytał tę taśmę, zaintrygowany być może napisanym na pudełku tytułem "Wilderness", i prosił, by mu ja puścić. I wszystkim się podobała.

- Cozy'emu także?

- Zwłaszcza Cozy'emu. Powtarzał mi: "To coś ważnego. Musisz nad tym posiedzieć, bo z tego może wyjść coś naprawdę fajnego". Ale ja jakoś nie mogłem się do tego zabrać. Coś mnie powstrzymywało. I dopiero na jakieś trzy tygodnie przed zakończeniem nagrań obudziłem się z przekonaniem, że dokładnie wiem, o czym ma być ten tekst (śmiech). Natychmiast się zabrałem do pracy i w krótkim czasie się z tym uporałem... Bardzo lubię tę piosenkę. Chociażby dlatego, że pomogła mi uświadomić sobie do końca, czym jest ten album, co znaczy, jaką ma wymowę. Słowo "wilderness" ma dla wielu ludzi wydźwięk negatywny. Dla mnie - nie do końca. Ma ono bowiem dwa różne znaczenia. To po pierwsze miejsce takie jak pustynia, jałowe, przez które trudno byłoby wędrować. A po drugie - ziemię nie tkniętą, dziewiczą, której człowiek jeszcze nie uczynił swoim domem, jeszcze nie zdewastował. Są więc w tej piosence także pozytywne odczucia. Jeśli mówisz, że znalazłeś się w takim miejscu, które w języku angielskim nazywamy "wilderness", może to oznaczać, że znalazłeś przestrzeń, w której możesz wyrosnąć, zacząć wszystko od początku, zestroić się z naturą, a wreszcie odnaleźć inny świat (śmiech).
Esprit de corps

- Na płycie znalazła się świetna wersja piosenki All The Way From Memphis z repertuaru Mott The Hoople. Zawsze byłem wielkim fanem Mott The Hoople...

- Ja też!

- Czy mógłbyś powiedzieć mi coś więcej na temat wpływu, jaki ten zespół wywarł na ciebie, na twoje życie?

- Spotkanie z Mott The Hoople to była wspaniała zabawa. Byliśmy jeszcze wtedy - mam na myśli Queen - chłopcami pełnymi wielkich zamiarów, idei i marzeń. Dopiero nagraliśmy pierwszą płytę. I daliśmy parę małych koncertów. Ale już się trochę o nas mówiło. Początek został więc zrobiony. Ale najlepszą rzeczą, jaka nam się wtedy mogła przydarzyć, była propozycja, abyśmy otwierali koncerty zespołu Mott The Hoople podczas jego trasy po Anglii. Dlaczego było to coś tak wspaniałego? Po pierwsze - wreszcie dotarliśmy z naszą muzyką do większej publiczności, fani Mott The Hoople natychmiast bowiem chwycili, o co w naszym graniu chodziło. A po drugie - nagle znaleźliśmy się w otoczeniu tych wyjątkowych, wspaniałych ludzi. We wszystkim, co robili, było tyle życia! I w jakimś sensie reprezentowali sobą to, do czego i my aspirowaliśmy. Już jako smarkacze zdobyliśmy dużą wiedzę teoretyczną na temat funkcjonowania zespołu rock'n'rollowego. Ale oto stanęliśmy oko w oko z zespołem rock'n'rollowym z prawdziwego zdarzenia, o ogromnym doświadczeniu, niesamowitym podejściu do życia w drodze - był trochę jak armia przemierzająca świat - wyjątkowym esprit de corps (duchu koleżeństwa - przyp. ww), wybornym poczuciu humoru, nie mówiąc o świetnym kontakcie z publicznością. W historii Queen był to przełom. Nagle znaleźliśmy się w środku tego wszystkiego, porwał nas główny nurt rockowego życia. Było to bardzo ekscytujące przeżycie. Dziś może to już trudno zrozumieć, rock przestał bowiem być językiem, który natychmiast rozumieją wszyscy młodzi ludzie na świecie. Ale wtedy tak było. I każdy marzył o tym, by stać się częścią tego zjawiska. Później pojechaliśmy też z Mott The Hoople w trasę po Stanach. I podczas tych godzin spędzonym wspólnie w samolotach, autobusach i hotelach zżyliśmy się z nimi jeszcze bardziej. Byli dla nas bardzo dobrzy. Dopuścili nas do swojego świata. I niekiedy trudno było oprzeć się wrażeniu, że dostajemy więcej niż nam się należy. Było tego wszystkiego aż za dużo (śmiech). Ja w każdym razie przypłaciłem ten styl życia chorobą. Miałem zapalenie wątroby, do tego doszło wiele innych dolegliwości. Znalazłem się w szpitalu, byłem bliski śmierci. A gdy okazało się, że będę żył, napisałem piosenkę "Now I'm Here". To rzecz o mnie, o moich przeżyciach z tamtego okresu. A wracając do "All The Way From Memphis" - nagrałem ten utwór na prośbę Morgana Fishera (dawnego pianisty Mott The Hoole - przyp. ww), który chciał go na płytę z utworami zespołu w różnych wykonaniach, przeznaczoną na rynek japoński. A ponieważ chodziło o coś, czego przed laty, na wspólnej trasie z Mott The Hoople, słuchałem zawsze z otwartą gębą, zgodziłem się natychmiast. Powiedziałem sobie: "Muszę to zrobić!". Gdy Mott The Hoople grał "All The Way From Memphis" - to było coś niesamowitego. Oni wiedzieli, jak rozpalić publiczność do czerwoności.
Cała gama barw

- Skoro już mowa o Queen, pomówmy przez moment o płycie A Night At The Opera, uważanej za wasze pierwsze w pełni dojrzałe dzieło. Jak myślisz, co sprawiło, że powstała wtedy muzyka tak niezwykła, tak niesamowita, tak wspaniała?

- Zachłyśnięcie się wolnością! Początek działalności Queen to ustawiczna walka o przetrwanie. Po wspólnej trasie z Mott The Hoople i pierwszych niewielkich przebojach właściwie wszyscy wierzyli, że się przebijemy. Tymczasem jednak managament (chodzi o firmę Trident Audio Productions - przyp. ww) opiekował się nami tak, że wiodło nam się jak najgorzej. W okresie, z którego pochodzi piosenka "Killer Queen", popadliśmy w koszmarne długi. Ledwie wiązaliśmy koniec z końcem i traciliśmy już wiarę, że uda nam się wyjść na prostą. Żona Johna (Johna Deacona - przyp. ww) spodziewała się dziecka. I oboje byli załamani, bo wyglądało na to, że nie będą w stanie zapewnić mu środków utrzymania. A management miał to gdzieś (odmówił Johnowi nawet niewielkiej pożyczki - przyp. ww). Byliśmy więc wszyscy u kresu wytrzymałości. I w akcie rozpaczy zdecydowaliśmy się zerwać umowę. A nie było to łatwe, ponieważ management był również producentem naszych płyt (i sprzedawał gotowe nagrania wytwórni EMI - przyp. ww). Nie mieliśmy więc do kogo zwrócić się o pomoc. Poszliśmy jednak do prawnika (do Jima Beacha, specjalizującego się w prawie obowiązującym w biznesie muzycznym - przyp. ww) i zapytaliśmy go: "Co robić, aby uwolnić się od tego kontraktu?". A nie było to łatwe. Musieliśmy bowiem stawić czoło zgrai bezwzględnych, nieustępliwych, twardych biznesmanów. To nie byli faceci, z którymi można się porozumieć. To nie byli ludzie, którzy przestrzegaliby reguł gry obowiązujących w cywilizowanym świecie. Przypominali raczej - mam na myśli metody ich działania - raczej wyrostków z ulicznego gangu. Przeżyliśmy wtedy koszmar. Freddie (Freddie Mercury - przyp. ww) był kompletnie załamany. Miał uczucie, że poświęcił najlepsze lata swojego życia czemuś, co waliło się w gruzy, i nie potrafił spojrzeć w przyszłość z nadzieją. Czuł się wykorzystany. Mówił: "Nie mam ochoty nagrywać następnej płyty. Jeśli nie zwyciężymy, kończę z tym". Sam więc widzisz, że dla nas była to właściwie walka na śmierć i życie. Jak powiedziałem, popadliśmy w długi i byliśmy bez grosza. Zaczęliśmy rozpaczliwie szukać nowego menażera. Zwróciliśmy się do tych osób z branży, które szanowaliśmy. Jedną z nich był Peter Grant, menażer Led Zeppelin. Byliśmy tak zdesperowani, że pojawiliśmy się przed jego domem, zapukaliśmy do drzwi i zapytaliśmy, co by zrobił, żeby wyciągnąć nas z kłopotów (śmiech). Byliśmy też u kilku innych osób. I w końcu dogadaliśmy się z Johnem Reidem (menażerem Eltona Johna - przyp. ww), który obiecał, że wyciągnie nas z tarapatów i zapewni nam niezależność. Ale powiedział też tak: "Ja zajmę się interesami, wy natomiast musicie nagrać najlepszy album, na jaki was stać". Przeżyliśmy więc moment zachłyśnięcia się wolnością. Nareszcie mieliśmy kogoś, kto stał po naszej stronie. I ten ktoś nie żałował pieniędzy na studia. Po raz pierwszy mogliśmy spędzić w nich tyle czasu, ile rzeczywiście potrzebowaliśmy. Pomysły, które wprowadziliśmy na A Night At The Opera, czekały na realizację od dawna, ale wcześniej nigdy nie mieliśmy czasu w studiu, aby wszystko zrobić tak, jak chcieliśmy. Dopiero podczas tej sesji mogliśmy korzystać z całej gamy barw, a nie tylko z kilku kolorów, które znajdziesz w małym pudełku z farbami. W tych czasach mieliśmy mnóstwo pomysłów. Ale dopiero na A Night At The Opera mogliśmy pójść na całość.

- Jakim przeżyciem była dla ciebie praca w studiu nad utworem Bohemian Rhapsody?

- Trzeba tę sesję widzieć na tle wszystkiego, co się wtedy wydarzyło... Freddie pojawił się w studiu z kompletną wizją tego nagrania. Zawsze byliśmy zespołem działającym na demokratycznych zasadach. Ale zwykle jeden z nas pojawiał się w studiu z pomysłem, z wiją danego utworu. Bohemian Rhapsody było dziełem Freddiego i on dokładnie wiedział o co mu chodzi. Przyniósł do studia mnóstwo skrawków papieru powyrywanych z notesu, a na każdym był jakiś zapis. Nikt z naszej czwórki nie radził sobie z zapisywaniem nut. Swoje pomysły notowaliśmy raczej z pomocą liter. I taki właśnie charakter miały zapiski Freddiego. Ale były one bardzo precyzyjne. Wiedział dokładnie, jakie harmonie chce użyć - komponując, wyobrażał sobie, jak ta czy inna partia zabrzmi zagrana na fortepianie. Cóż więcej mogę powiedzieć? Praca nad Bohemian Rhapsody była świetną zabawą. Nagrywanie chóralnych partii wokalnych (w tym konkretnym utworze nałożono na siebie aż sto osiemdziesiąt partii wokalnych zarejestrowanych osobno -- przyp. ww) nazywaliśmy "maszynką do kiełbasek", ponieważ przychodziło nam to z łatwością. Wiesz, jeśli wiesz, co chcesz osiągnąć, wystarczy wielokrotnie zaśpiewać dany fragment, starając oczywiście utrzymać się w tonacji. Robiliśmy to trochę w aktorski sposób - dogrywając kolejne partie, wcielaliśmy się w różne osoby i próbowaliśmy zmieniać głosy. Gdy zapełniliśmy już wszystkie ślady na taśmie, zgrywaliśmy je razem na ścieżkę pierwszą i zabawa zaczynała się od początku. Historia o tym, że taśma, na której nagrywaliśmy Bohemian Rhapsody, stała się przezroczysta, jest prawdziwa. Głowice katowały ją tyle razy, że zdarły ją niemal do szczętu. Mało brakowało, a nagranie uległoby zniszczeniu. Cóż tu jeszcze dodać? Ten utwór powstał trochę jak dziecięca układanka. Przez wszystkie te lata jako podstawy używaliśmy zazwyczaj nagrania zawierającego partie basu, perkusji i fortepianu lub gitary. W Bohemian Rhapsody podstawą było nagranie partii fortepianu: ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta, potem długo nic i znowu: ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta. Brzmiało to bardzo dziwnie (śmiech). Ale Freddie dokładnie wiedział, co znajdzie się w każdej z tych dziur.
Prywatne piekło

- Czego brakuje ci najbardziej, gdy myślisz o Freddiem dzisiaj?

- Jego postawy życiowej. Jego poczucia humoru. Jego niezwykłej siły. Jego umiejętności brania życia za bary. Myślę, że to była jego wspaniała cecha. Dzięki niej stał się tym, kim był. Brakowało mu jedynie siły woli... Bardzo za nim tęsknię. Był kimś niezwykle zabawnym. Był kimś nieprzewidywalnym. Był też kimś bardzo ciepłym. Ogromnie troszczył się o nas. Chociaż dla innych nie miał aż tyle serca. Jeśli ktoś mu się naprzykrzał, po prostu wykreślał go ze swojego życia (śmiech). Nawet komuś, kogo znał od lat, potrafił w chwili zdenerwowania powiedzieć: "Wynocha z mojego domu! Natychmiast!". Nie znosił, gdy ktoś zakłócał jego prywatność. Był przy tym człowiekiem dość nieśmiałym. A ponieważ właściwie każdy znał jego twarz, nie czuł się dobrze na tych wszystkich przyjęciach, obiadach i wieczorkach, w których musiał jako osoba publiczna uczestniczyć. Najbardziej lubił spędzać czas w zaciszu swojego domu. A gdy zmogła go choroba, właściwie się w nim zamknął. Uważał, że każdy kontakt ze światem zewnętrznym może się dla niego przerodzić w piekło. I miał rację. Gdy już na samym końcu dziennikarze dowiedzieli się o jego chorobie, oblegli jego dom, fotografowali wszystko, co się dało. To było coś potwornego... Bardzo mi brakuje Freddiego...

- Powiedz mi jeszcze, czy Queen istnieje?

- Nie. Nie sądzę, by można powiedzieć, że Queen istnieje. Odpowiedź na twoje pytanie brzmi - nie.
Rozmawiał: Wiesław Weiss