Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Brian May

Morze Chmur

Tylko Rock 12/99
Artykuły i wywiady

Queen - Morze chmur

(Tylko Rock, grudzień 1999)

Brian May, Wiesiu Weiss i Red Special
Wiesław Weiss i Brian May
fot: Anna Weiss

- Od najmłodszych lat marzyłeś o graniu rocka. Ale zdaje się, że równie mocno pociągała cię astronomia. W tym kierunku w każdym razie się wykształciłeś...

- Pod wpływem rodziców, którzy naciskali, abym porzucił myśli o karierze muzyka rockowego. Uważali, że powinienem zdobyć jakiś porządny zawód. Wiesz, oni dorastali w świecie, w którym bardzo trudno było się wykształcić. I ich marzeniem było, abym zdobył gruntowne wykształcenie i szanowany zawód, nie wymagający trudu rąk i gwarantujący wygodne życie moim dzieciom. Ale ja widziałem to inaczej. Bardzo interesowałem się astronomią i lubiłem się nią zajmować. A jednak od chwili, gdy po raz pierwszy wyszedłem z gitarą na scenę, myśli o tym, by poświęcić się muzyce, nie dawały mi spokoju. Granie wydawało mi się czymś najbardziej ekscytującym na świecie. Zresztą nadal tak jest. Postanowiłem wszakże ukończyć studia. I najpierw trzy lata kształciłem sie Uniwersytecie Londyńskim i uzyskałem tytuł bakalaureusa nauk przyrodniczych, a później cztery kolejne lata robiłem doktorat z astronomii w Imperial College. Ale kiedy promotor po zapoznaniu się z ósmą już wersją mojej pracy na temat światła zodiakalnego powiedział: 'Myślę, że powinieneś jeszcze nad tym posiedzieć', odparłem: 'Żegnam!' (śmiech). Poszedłem do ojca i powiedziałem: 'Słuchaj, ciągnąłem to tak długo, jak tylko potrafiłem. A teraz naprawdę muszę sprawdzić, czy moje marzenia mogą się ziścić. Jeśli bowiem nie spróbuję, będę żałował do końca moich dni, że coś wżyciu przegapiłem'. Tak też zrobiłem. I szczęście mi dopisało. Zresztą, czy powinienem mówić o szczęściu? Polegało przede wszystkim na tym, że otaczali mnie odpowiedni ludzie. Bo Queen już wtedy istniał (i to w składzie z Freddiem Mercurym, Rogerem Taylorem i Johnem Deaconem). Wiesz, kiedy myślę o tym wszystkim dziś, nie ulega dla mnie wątpliwości, że postąpiłem właściwie. Ale wtedy nie było to tak oczywiste - bardzo sie zmartwiłem przerwaniem studiów. Dziś, z perspektywy czasu, wiem, że był to jedyny krok, jaki mogłem zrobić.

- Jakie myśli i wspomnienia wywołuje w tobie gitara Red Special, którą jako nastolatek zrobiłeś wraz z ojcem i która towarzyszyła ci przez wszystkie lata działalności Queen?

- Ta gitara jest głównie dziełem mojego taty. I ogromnie żałuję, że nie mógł zobaczyć, dokąd mnie doprowadziła. Chociaż żył wystarczająco dłuo, by być świadkiem sukcesów Queen. Do najprzyjemniejszych chwil w życiu zaliczam te, kiedy mogłem zaprosić go na koncert Queen - zafundować mu przelot, umieścić w luksusowym hotelu, zorganizować wszystko tak, by jak najlepiej się bawił. Pamiętam zwłaszcza pierwszą taką okazję, w grudniu 1977, gdy ściągnąłem jego i mamę na nasze występy w Madison Square Garden w Nowym Jorku. Koncerty tam - w tym szczególnym, osławionym miejscu - bardzo wiele dla nas znaczyły. To chyba marzenie każdego muzyka - zagrać na Madison Square Garden! I dlatego tak bardzo chciałem, by rodzice mogli w tym uczestniczyć. A było to dla nich wielkie przeżycie. To właśnie wtedy, widząc mnie na scenie Madison Square Garden, zrozumieli, że wybrałem właściwie... Pytałeś, jakie wspomnienia wywołuje we mnie Red Special. Choćby właśnie takie... Chciałbyś ją pewnie zobaczyć?Oto ona (bierze ze stołu i podaje mi sam gryf). Po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat zdecydowałem się na odnowienie Red Special. Wiesz, dopiero teraz, i to aż w Australii znalazłem fachowca tak zręcznego i zdolnego, że mogłem mu zaufać i powierzyć wykonanie tej pracy. Nikomu do tej pory nie pozwoliłem dotknąć się do Red Special. Ktoś, kto nie bardzo się na tym zna, mógłby coś schrzanić - popełnić jakiś błąd podczas składania instrumentu. Ale gitara naprawdę wymagała restauracji. Była już bardzo zniszczona. No ale wkońcu trzydzieści lat woziłem ją po świecie. Nie przypuszczaliśmy z tatą, że aż tyle będzie musiała znieść! Jestem bardzo podekscytowanym tym, że odzyska dawną świetność. Ale też trochę sie denerwuje. Wiesz, mozna było ułatwić sobie zadanie i najbardziej zniszczone elementy zastąpić nowymi o takim samym charakterze. Ale nie zgodziłem się na to. Chcę, żeby każdy drobiazg został odnowiony i umieszony z powrotem na swoim miejscu. Bo dla mnie ta gitara to żywa istota, a nie jakiś przedmiot! Wiesz, gdybym sam zachorował, wezwałbym lekarza. I tak jest też z gitarą - zaniemogła, musiał się więc zająć nią lekarz... Deska jest już u Grega - gość ma na imię Greg. A później także gryf trafi do niego. Spójrz - wszystkie progi są oryginalne, nigdy ich nie zmieniałem! I Greg każdą wyjąć odnowić i zainstalować z powrotem. Jedynie oznaczenia progowe, zrobione z macicy perłowej (znalezioonych przez Briana przed laty w szkatułce siostry), zastąpi nowymi, bo te zupełnie sie starły. Musi to zrobić jednak tak jak było - z tego samego materiału, z dokładnościa do tysięcznej cala.

- Co sprawiło, że zaufałeś Gregowi i powierzyłeś mu to trudne zadanie?

- Greg wcześniej wykonał trzy kopie mojej gitary, dwoe naprawdę doskonałe i jedna, która sie bardzo od niej różni. Zabrało mu to półtora roku, prawie tyle, ile ojcu i mnie zrobienie oryginału (uśmiech). Spójrz to naprawde wierna replika Red Special! Wszystko jest jak w mojej gitarze - każdy użyty materiał, każdy wymiar! Nie odróżniłbyś kopii od oryginały. Patrz, dębowa deska z odpowiednimi wycięciami, których wymaga akustyka, pickupy zrobione dokładnie według projektu mojego ojca... Piękna robota, prawda? Tak właśnie wyglądala gitara Red Special ponad trzydzieści lat temu! Gdy zobaczyłem tę kopię, wiedziałem od razu, że znalazłem faceta, któru będzie umiał odnowić moją gitarę!

- Udało mi się niedawno kupić płytę grupy Smile, w której grałeś przed Queen. I wysłuchałem z wielkim zainteresowaniem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że styl Queen narodził się już wtedy...

- Masz rację. Myślę, że styl Queen został w znacznym stopniu określony w tym czasie. Brakowało nam jeszcze umiejętności. Ale mieliśmy dość wyraźną wizję stylu, któremu chcemy być wierni. Później jedynie rozwinięliśmy pomysły muzyczne z tego okresu.

- Czy byłeś bardzo zawiedzony odejściem ze Smile wokalisty Tima Staffella?

- Przypuszczam, ze wszyscy byliśmy zawiedzeni jego odejściem. Ale zarazem zdawaliśmy sobie sprawę, że zespół zmierza donikąd. Nagraliśmy płytę, której w tym czasie nikt nie miał szansy usłyszeć. Mieliśmy podpisany kontrakt, z którego nic nie wynikało. Mieliśmy menedżera, który chrzanił robotę. Byliśmy rozgoryczni - nie widzieliśmy żadnej przyszłości ze Smile. Ale owszem - odejście Tima Steffella odczuliśmy boleśnie. Mimo że znaliśmy wtedy Freddiego. A Freddie miał mnóstwo pomysłów. I wkońcu połączyliśmy siły z nim, aby spróbować działać troche inaczej. Pojawieniem się Freddiego było prawdziwym przełomem. Późniejszy sukces zawdzięczamy temu, że narzucił nam własne zdanie na to, jak powinien działać zespół. My bowiem uważaliśmy, że jeżeli będziemy jak najwięcej koncertować i zdobywać coraz więcej doświadczenia, w końcu się przebijemy. Natomiast Freddie przekonywał: 'Nakichać na granie w klubach i pubach, gdzie nikt nas nie słucha. A skoncentrować się na próbach - szlifowaniu umiejętności, pracu nad repertuarem, doskonaleniu spektaklu - aby być gotowym i pokazać coś wyjątkowego, gdy nadarzy się sposbność'. I był to naprawdę dobry plan, który rzeczywiście przyniósł rezultaty.

- Czytałem, że już po ukazaniu się pierwszej płyty Queen podjąłeś pracę. Zacząłeś uczyć matematyki w Stockwell Manor Comprehensive School w Londynie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym czasie nie bardzo wierzyłeś w przyszłość Queen...

- Myślę, że jednak wierzyłem. Ale musiałem z czegoś żyć. Podczas studiów otrzymałem stypendium. A gdy te pieniądze przestały wpływać, musiałem znaleźć inne źródło utrzymania. Byłem zbyt dumny, by zwrócić się do rodziców o pomoc. Podjąłem więc prace w szkole. I muszę ci powiedzieć, że było to wyzwanie. Nauczanie okazało się niezwykłym doświadczeniem. A nie miałem łatwego zadania. Stockwell obok Brixton jeden z rejonów Wielkiej Brytanii o największym wskaźniku przestępczości. I szczerze mówiąc, w Stocwell Manor Comprehensive School problem było nawet przyciągające młodzieży na lekcje. Nie wspominając o bójkach, często bójkach na noże, o konfliktach rasowych i tak dalej, i tak dalej. Byłem naprawde dumny, iz udało mi sie znaleźć z tymi ludźmi wspólny język. Pomogło mi oczywiście to, że byłem bardzo młody, prawie tak młodzi jak oni. Interesujace, pouczające doświadczenie! I źródło wielkiej satysfakcji. Wielu młodych ludzi udało mi się sprowadzić z powrotem na dobrą drogę. Tchnąć w nich wiarę, wcześniej bowiem zdążyli już sobie odpuścić, przekonani, że ich los jest przesądzony. Sprawić, by zrozumieli, że sami muszą dać szansę, jeśli bowiem nie będą się uczyć i niezdobędą żadnych kwalifikacji,, rzeczywiście są przegrani. Wracając jednak do twego pytania - myślę, że już wtedy wierzyłem w Queen. Zabawnie jednak, że nikomu w szkole nie powiedziałem, iż gram w zespole. Ale ponieważ nosiłem długie włosy, pewniego razu uczennice z młodszych klas obskoczyły mnie mówiąc: 'Pan chyba jest muzykiem rockowym. tak napwqno kiedyś zobaczymy pana w Top Of The Pops!' Nie przyznałem się im jednak. A gdy wkrótce potem przestałem uczy, bo zaczęliśmy wreszcie odosić sukcesy, spotkałem jedną z tych dziewcząt w metrze. Podeszła do mnie i powiedziała z wyrzutem: 'A jednak pan jest muzykiem rockowym. I przez cały czas pan to przed nami ukrywał!'

- Pomówmy teraz o najsłynniejszych piosenkach Queen, które były twoim dziełem. Zacznijmy od Tie Your Mother Down...

- Aha! 'Tie Your Mother Down' napisałem na szczycie wulkanu na Teneryfie. Wysłano mnie tam, abym wyposażył nowe obserwatorium astronomiczne na zboczu Pico de Teide, a przy okazji przeprowadził obserwacje konieczne do napisania pracy doktoreskiej. Siedziałem tam zupełnie sam, towarzyszyly mi tylko płyty The Beatles i oczywiście gitara. Odpowiadało mi to, ba, byłem zachwycony tym cudownie odludnym miejscem. Do dziś pamiętam wschody słońca, które wyłaniało się z morza chmur gdzieś pode mną. Niesamowite przeżycie. Tak, to był cudowny okres w moim życiu. Oczywiście zdarzało m isię, że dokuczała mi samotność. Ale na to nie ma rady, gdy człowiek nie ma do kogo ust otworzyć. Zwykle jednak czułem się tam wspaniale. I pewnego razu na szczycie Pico de Teide wziąłem gitarę i zacząłem grać, a riff, który mi przyszedł do głowy, rozwinąłem później w 'Tie Your Mother Down'... Nie pamiętam, co się stało z gitarą, tóra towarzyszyła mi na Teneryfie. To była taka przyjemna nie wielka gitara... Nie mam pojęcia...

- We Will Rock You to niemal hymn Queen...

- "We Will Rock You" było jak sen, który sie spełnił. Graliśmy wtedy trase po Wielkiej Brytanii, jako główna gwiazda. I przeżyliśmy coś, co do tamtej pory nigdy sie nie zdarzyuło - ludzie śpiewali wszystkie utwory razem z nami. Wcześniej po prostu słuchali albo hałasowali albo bili brawo. A podczas tej trasy Freddie mógł przerwać każdą piosenkę w połowie, a tłum kończył za niego. Co więcej, pewnego razu, w Birmingham, gdy zeszliśmy już se sceny, publicznośc odśpiewała nam coś własnego - 'You'll Never Walk Alone' (przebój musicalowy, często wykonywany przez kibiców na meczach piłkarskich). Niesamowite przeżycie! Spojrzeliśmy wtedy po sobie, bo nie ulegało wątpliwościm, że dzieje się coś ważnego. Podczas tej trasy po raz pierwszy zadziałało coś w rodzaju sprężenia zwrotnego. Odpowiedzą na nasz występ był zbiorowy śpiew. I pod wpływem tego przeżycia, obaj, Freddie i ja napisaliśmy wkrótce potem piosenki. Freddie stworzył 'We Are The Champions' - utwór pomysłowy tak, że jego wspólne, chóralne śpiewanie było wielką frajdą. A ja stworzyłem 'We Will Rock You' - kawałek, który miał podrywać ludzi z miejsc, zachęcać do wspólnego śpiewania i klaskania, dawać poczucie jedności, siły, sprawiać, że zapomniało sie o kłopotach. Nagraliśmy go bez perkusji. Kiedy się go słucha, można odnieść wrażenie, że są w nim bębny. A jednak nie ma. Jest tylko tupanie i klaskanie. NAgrywaliśmy to tupanie i klaskanie wiele razy. A w tych czasach nie było jescze właściwie urządzeń, z pomocą których można by uzyskać efekt echa. Wpadłem więc na pomysł, żeby każdą ścieżkę z klaskaniem i tupaniem zdublować, a każdą nakładkę dodawać z coraz większym opóźnieniem. Chodziło o uzyskanie czegoś w rodzaju echa, tak by tupanie i klaskanie w 'We Will Rock You' brzmiało naprawdę potężnie. A utwór rzeczywiście stał sie czym mioał być. Jestem z niego naprawde dumny.

- Fat Bottomed Girls pamięta się chociażby ze względu na teledysk z gołymi dziewczynami na rowerach...

- 'Fat Bottomed Girls' napisałem na południu Francji. Po raz pierwszy grywaliśmy nie w Anglii, a na kontynencie. I w mieście, w którym sie zatrzymaliśmy , odbywał się wyścig rowerowy. A ludzie naprawdę się nim ekscytowali. Wszyscy rozmawialu tylko o rowerach. Dla nas było to troche dziwne przeżycie - nie mogę sobie wyobrazic, by gdzieś na angielskiej prowincji odbywal sie wyścig rowerowy. I to był jeden z impulsów, które natchnęły mnie do napisania 'Fat Bottomed Girls'. Inny to atmosfer panująca na plażach francuskich - podminowana seksem, dość perwersyjna. Dla nas to także coś nowego. W Anglii nie widziało się wtedy jeszcze kobiet opalających się w samych majteczkach. Anglia ciągle była dość sztywna. Takie były źródła 'Fat Bottomed Girls'. A utwór miał, jak sądze, wyrażać moje odczucie dotyczące dziewcząt, które kręcą się wokół muzyków, oraz roli, jaką odgrywają w świecie rock'n'rolla. Ale nie tylko. Ponieważ doskonale zdawałem sobie sprawę z tego że 'Fat Bottomed Girls' zaśpiewa Freddie, napisałem tę piosenkę tak, by oddawała to, co on czuł. Czy może to, co raczej moim zdaniem czuł. Albo, być jeszcze precyzyjnym, to, co moim zdaniem mógł czuć. Oto klucz do zrozumienia 'Fat Bottomed Girls'. Przypuszczam, że dla kogoś, kto słucha tego utworu dziś, jest on czymś zupełnie innym. Dla mnie w każdym raznie nie ulega wątpliwości, że Freddie identyfikował się tym, co zostało powiedziane w 'Fat Bottomed Girls', Wiesz, w tamym czasie jego biseksualizm nie był jeszcze faktem powszechnie znanym. Ale my już wtedy pisaliśmy piosenki tak, by miały w sobie pewną dwuznaczność i mogły być odczytywane zarówno jako wyznania osoby heteroseksualnej, jak i wypowiedzi homoseksualisty. I tylko teledysk, który nakręciliśmy do 'Fat Bottomed Girls', sprawił, że ten akurat utwór bez cienia wątpliwości wydawał sie głosem osoby heteroseksualnej.

- Las Palabras de Amor to pewnie owoc wyprawy do Hiszpanii...

- Owszem. Wiesz, podczas pobytu na Teneryfie pokochałem wszystko co hiszpańskie. Zafascynował mnie język hiszpański, zafascynowali mnie Hiszpanie - ci, których wtedy poznałem , są moimi przyjaciółmi do dziś - zafascynowało mnie podejście Hiszpanów do życie, zafascynował mnie smak Hiszpanii. Wiesz, hiszpański to język obcy, jaki opanowałem. A nauczyłem się go tylko dlatego, że urzekło mnie brzmienie. 'Las Palabras de Amor' napisałem podczas trasy Queen po Hiszpanii. Pewnego razu odwiedził mnie ktoś spośród przyjaciół z okresu pobytu na Teneryfie. Było to bardzo miłe spotkanie., które przerodziło się w długą rozmowę o życiu. A owocem jest ta właśnie piosenka.

- Who Wants To Live Forever to chyba najbardziej przejmująca piosenka, jaką napisałeś...

- (długie milczenie) To jedna z tych moich piosenek, które powstały bardzo szybko, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przeżywałem wtedy bardzo ciężkie chwile. Tata był ciężko chory - jego dni było już policzone, z czego doskonale zdawałem sobie sprawę... Moje małżeństwo się waliło w gruzy... To byl bardzo trudny okres. Poproszono nas wtedy, byśmu stworzyli muzykę do 'Nieśmiertelnego'. Ściągnięto nas do kina i pokazano fragmenty tego filmu - powyrywane z kontekstu, bez muzyki. Jak może wiesz, jest to historia 'Nieśmiertelnego', który nie ma prawa do miłości, a jednak się zakochuje. Niestety, jego towarzyszka życia zaczyna się starzeć, a on jest ciągle młody. W końcu ona umiera w jego ramionach. Bardzo mnie poruszyła ta scena - właściwie nie wiem dlaczego. Poruszyła mnie do tego stopnia, że odrazu usłyszałem w głowie piosenkę. A zanotowałem ją w samochodzie w drodze do domu. Zastanawiałem sie nad tym później i doszedłem do wniosku, że byłem w stanie stworzyć ten utwór tak szybko, bo tkwił we mnie od dawna. Od dawna męczyła mnie myśl: 'Po co żyć wiecznie, skoro miłość musi umrzeć?' Wyraziłem w tej piosence wszystko, co w tamtym okresie myślałem o życiu. A filmowa scena, którą obejrzałęm, jedynie sprawiła, że wurzyciłem ją z siebie. To jedna z moich najpiękniejszych piosenek. W późniejszym okresie nagraliśmy jej specjalną wersję na prośbę organizacji charytatywnej British Bone Morrow Donor Association, któa zajmuje sie pozyskiwaniem szpiku kostnego dla dzieci chorych na białaczkę, Do udziału w sesji zaprosiliśmy chór dziecięcy, który zaśpiewał zmieniony tekst: 'Kto chce żyć wiecznie? Dajcie nam jedynie szansę przeżyć'. Bo dzieci chore na białaczkę nie mają tej szansy.

- No-One But You to piosenka Queen nagrana już po śmierci Freddiego Mercury'ego...

- To piosenka o Freddiem. Bardzo długo nie mogłem jej ukończyć. Od dawna miałem melodię, którą ułożyłem na fortepianie. Ale nie mogłem sobie poradzić z tekstem, aż do momentu, kiedy obejrzałem balet Maurice'a Bejarta 'Le Presbytere n'a rien perdu de son charme nie la jerdin de son eclat', poświęcony ludziom, których przedwcześnie zabrała śmierć. Maurice Bejart przygotował ten spektaklt wstrząśnięty śmiercią Jorge Dona, jednego ze swoich tancerzy. TAk się złożyło, że ów tancerz zmarł na AIDS, był wielkim fanem Freddiego. To natchnęło Marice'a do scięgnięcia do muzyki Queen. Tak powstał ten spektakl. Miałem sposobność go obejrzeć, a także poznać Maurice'a, któru okazał się błyskotliwym człowiekiem, z jakim sie zetknąłem (grupa Queen wystąpiła podczas premiery widowiska w składzie z Eltonem Johnem, a zarejestrowana wtedy wersja The Show Must Go On trafiła na Greatest Hits III). I właśnie pod wrażeniem tego przedstawienia zrozumiałęm, o czum dokładnie jest 'No-One But You'. Wtedy dokończyłem tekst. Z początku chciałem umieścić na mojej solowej płycie 'Another World', miała bowiem zawierać piosenki o moich bohaterach. Z czasem jednak jej koncepcja się zmieniła. A poza tym uświadomiłem sobie, że No-One But You' to w gruncie rzeczy utwór Queen - opowiada o Freddiem a poza tym jest utrzymanym w stylu zespołu. Dlatego ostatecznie nagraliśmy go w trójkę, z Rogerem i Johnem, i umieściliśmy na płycie 'Queen Rocks'.

- Czy planujcie jeszcze jakiś wspólne działania jako Queen?

- Raczej nie. Duch Queen nie wygasł. Ale rekatywowanie zespołu byłoby możliwe dopiero wtedy, gdybyśmy sami zrozumieli, czym miałby być w obecnej sytuacji. Oczywiście nagranie 'No-One But You' było w swoim rodzaju doświadczeniem spod znaku Queen. Ale Freddie brał w nim udział, bo jest to piosenka o nim. Wiesz, nie sądze, bym chciał reaktywować Queen. Odpowiada mi to, co robię. Moje solowe nagrania dają mi więcej satysfakcji niż chociażby praca nad 'No-One But You'. Płyta 'Another World' jest czymś tak osobistym, że nie mógłbym jej nagrać z Queen.

Rozmawiał: Wiesław Weiss