Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Brian May

Artykuły

Sekunda z życia gitarzysty rockowego

logo

SEKUNDA Z ŻYCIA GITARZYSTY ROCKOWEGO
Brian May, 9 listopada 2005 r.
fragment soapboxu Briana


O czym tak naprawdę myśli ktoś taki jak ja, w dowolnej chwili, z gitarą w ręku, grając dla 23 tysięcy ludzi? Spróbuję to opisać. Ale nie w jakimś logicznym porządku... to byłoby niemożliwe. Jeśli nie znosisz, kiedy nawijam o sobie przez kilka akapitów, proszę przewiń do następnych obrazków!

Myślę...

a) Czy gitara stroi?

Jeśli tak, to świetnie; wtedy jest miło i przyjemnie. Jeśli nie, to która struna nie stroi? Czy uda mi się ją znaleźć i czy będzie moment na jej wyregulowanie tak jak chcę podczas trwania piosenki? (Z czułością wspominam Jimiego Hendrixa na koncercie Lulu, dostrajającego gitarę w trakcie utworu, śmiejącego się z jej złego brzmienia!) Nienastrojona gitara to koszmar! Źle się wtedy czuję. Najciężej mi było na koncercie w Fukuoce, gdzie akustyka na wielkiej scenie była tak dziwna i pełna pogłosu że, szczerze mówiąc, nawet Freddie fałszował! (Co jest oczywiście niemożliwe!) Męczyłem się ze strunami i regularnie zmieniałem gitary, żeby Pete i Steve mogli je przygotować... ale ani razu nie było tak jak trzeba. Oczywiście, nastrojenie jest rzeczą względną - jeśli ktoś inny w zespole ma nienastrojony instrument, efekt jest bardzo podobny (w tym wypadku myślę, że to byłem jednak ja, a nie oni). Cała ta afera ze strojeniem czasem się pojawia, a czasem nie. To może zależeć w dużym stopniu od temperatury - szczególnie na koncertach na świeżym powietrzu, kiedy często gra się przy zachodzącym słońcu, kiedy temperatura szybko spada. W tej sytuacji nic na świecie nie powstrzyma gitary przed rozstrojeniem się. Również mgła ma duży wpływ na drewno instrumentu i stąd też biorą się problemy ze strojem. Kwestia nastrojenia zawsze istnieje gdzieś w umyśle gitarzysty. Zależy ono też od tego - zwłaszcza dla kogoś kto, podobnie jak ja, często podciąga struny - JAK MOCNO podciąga się struny. Jeśli nie słyszy się wszystkiego bardzo dobrze, albo jeśli palce dobrze nie reagują, można w jednej chwili rozstroić strunę. Zerwanie się struny to też bardzo kiepska wiadomość, zwłaszcza jeśli ma się ruchome tremolo, tak jak ja, bo kiedy jedna struna jest zerwana, to wszystkie inne zaraz zmieniają wysokość dźwięku. Wtedy pozostaje już tylko chodzić po scenie coś tam brzdąkać, dopóki nie będzie okazji zmienić gitary. Na udanym koncercie, temperatura się nie zmienia, struny się nie zrywają i dobrze dają się podciągać, i wszystko jest cacy.

b) Czy zagram teraz dobrą nutę?

Na udanym koncercie, dla mnie, jestem w stanie podchodzić do wszystkiego z otwartym umysłem. Jeśli sytuacja tego wymaga, zagram zgodnie z planem, coś bliskiego oczekiwaniom, jak na przykład solówkę w "Bohemian Rhapdosy". Najczęściej nie gram zbyt odmiennie od wersji z albumu. Oczywiście, zawsze będą jakieś małe odchylenia w zależności od mojego nastroju, ale zasadniczo to ta sama melodia. Kiedy indziej znów będę próbował zrobić coś, czego jeszcze nie grałem... W "Hammer To Fall", "A Kind Of Magic", albo mojej długiej solówce... będą tam ścieżki, którymi już podróżowałem, ale szukam też podniecenia i wyzwań. Sądzę, że widzowie chcą, abym podejmował ryzyko, zagrał im coś wyjątkowego. Ale oczywiście, zawsze istnieje możliwość wpadki. Jeśli coś mnie rozproszy, mogę skończyć w środku frazy zastanawiając się... gdzie do cholery jest ta kropka? W którym miejscu na gryfie jest dźwięk "A", gdzieś na zakurzonym końcu trzeciej struny podciągniętej o cały ton? A jeśli pot zalewa mi oczy, to czy w ogóle mogę stwierdzić, na którym jestem progu? Cóż, nie mogę. Albo jeśli reflektor przestanie na mnie świecić przez chwilę, albo mnie oślepi. Albo kiedy zobaczę coś dziwnego na widowni... albo na chwilę znajdę się w miejscu na scenie, gdzie sam siebie nie słyszę... tak że nie ma sprzężenia dźwięku z moim mózgiem... łatwo mogę się pogubić. Na udanym koncercie, mogę usłyszeć, zobaczyć, i "poczuć" to co chcę zagrać, ale w każdym momencie ta nitka może się urwać. Zauważcie, że napisałem "Czy zagram DOBRĄ nutę". Oczywiście, Frank Zappa uświadomił mi, że jest niemożliwe abym zagrał FAŁSZYWĄ nutę, bo to mój koncert i moja piosenka. Ale z pewnością mogę zagrać nutę, której potem będę żałował!

c) Czy gram do rytmu?

To również zależy od tego czy jestem w stanie usłyszeć resztę zespołu... zwłaszcza bęben basowy Rogera, który jest dla mnie absolutnym przewodnikiem. Najczęściej trzymam się tego co on gra, a czasem naumyślnie minimalnie się spóźniam, żeby brzmienie było WIELKIE, a czasem staram się na niego wpłynąć, żeby trochę zwolnił albo przyspieszył tempo, jeśli uznam że jest to potrzebne. Ponieważ współpracujemy bardzo blisko już od bardzo dawna, zwykle on wie dokładnie o co mi chodzi i vice versa. Ale na ciężkim koncercie gdzie jest dużo echa i pogłosu, możemy nagle się rozminąć. Najtrudniejszym momentem dla mnie jest solówka w "I Want It All"... wtedy robi się naprawdę gorąco i mogę nagle przestać słyszeć dźwięk bębna basowego, a w takim wypadku... wszystko może się posypać! Na udanym koncercie... nie ma problemu. Przez pewien czas wolałem trzymać się blisko Rogera podczas tego fragmentu, żeby nie wypaść z rytmu zespołu, ale kilka koncertów temu podjąłem decyzję, że "chrzanić to" i poszedłem na przód sceny, i modliłem się! Ale Grubby, nasz znakomity spec od soundboardu, dał mi specjalny odsłuch żebym lepiej słyszał perkusję. Kiedy wszyscy przebrniemy razem przez ten kawałek powstaje uczucie prawdziwego triumfu! Podczas koncertu występują setki krytycznych momentów, gdzie dobra synchronizacja pełni kluczową rolę, ale kiedy opatrzność sprzyja, nawet o tym nie myślimy... po prostu cieszymy się chwilą.

d) Czy coś mnie boli albo coś sobie uszkadzam?

Wszystko to byłoby łatwe gdybym grał sobie w domu albo w studiu, ale na koncercie muszę radzić sobie z wieloma innymi czynnikami. W Arubie była prawie stuprocentowa wilgotność i już w chwilę po rozpoczęciu koncertu ociekałem potem, opuszki palców były mokre i gąbczaste, i kleiły się do podstrunnicy. To trudna sytuacja. Mógłbym spróbować ochłodzić się przed wentylatorem, ale zbyt szybkie osuszanie sprawia, że palce tylko jeszcze bardziej się kleją. Gdyby to był dziesiąty koncert pod rząd, moje palce lepiej by to zniosły. Ale w Arubie czułem tylko ból, kiedy próbowałem podciągać struny w solówce "All Right Now", żeby brzmiała bardziej przyjemnie. I cały czas zastanawiałem się tylko, jakie trwałe uszkodzenia, mogące wpłynąć na kolejne koncerty, mogę wyrządzić swoim opuszkom palców. To był test wytrzymałości, a w tej sytuacji trudno było skupić uwagę na rzeczach, na których CHCIAŁBYM się skupić. Takich jak...

f) Jak wyglądam?

To może wyglądać na drobnostkę i w pewnym sensie tak jest. W końcu to raczej modelki na wybiegu powinny się martwić o swój wygląd? Ale w naszym przypadku ciągle będą nam robić zdjęcia, które niedługo potem pojawią się potem w gazetach, telewizji, czasopismach. Gdybym wyglądał jak zmokła kura już przy "Crazy Little Thing Called Love", czułbym się fatalnie następnego dnia oglądając się w lokalnej gazecie, zanim opuścimy miasto. Może wydawać się, że my, gwiazdy rocka wyglądamy zwyczajnie, ale zapewniam was że nawet Bruce dba o wygląd swoich włosów na koncercie, i o to, czy przypadkiem z nosa nie skapuje mu pot! Znowu ten nieszczęsny pot - to naprawdę duży problem. Jeśli szukam jakiejś kropki gdzieś pod koniec "Last Horizon" jest całkiem prawdopodobne, że będę musiał to robić na oślep, bo moje oczy nie są zamknięte przez ekstazę, są zamknięte, bo mnie pieką i nie mogę ich otworzyć! O ile nie zrobię tak jak Dire Straits i nie potrząsnę głową, utknąłem. Wiecie co - noszenie krótkich spodenek też pomaga... Kiedyś czasami to robiłem w czasie bisów... pomaga kontrolować ciepło. Ale pewnie oskarżyliby mnie o małpowanie Angusa, gdybym ciągle tak robił!

g) Czy trzymam się piosenki?

Innymi słowy, czy jestem wystarczająco blisko oryginalnego brzmienia piosenki (która może być moja, albo Rogera, Freddiego czy Johna, albo teraz Paula). W dobrym momencie, jest do dobrze zbalansowane. Chcę odnieść się do pierwotnego nastroju piosenki - może być on poważny, smutny, albo jakikolwiek inny... Ale chcę też odnieść się jakoś do aktualnego koncertu, do tego jak ludzie reagują na piosenkę w danej chwili. Dlatego piosenki za każdym razem brzmią nieco inaczej, zależnie od tego jak publiczność je odbiera... albo raczej od tego, jak nam się wydaje, że publiczność je odbiera. Kiedy gram partię rytmiczną piosenki - na przykład "Wishing Well" - chcę, żeby miała ten ogień i dynamikę oryginału, ale też żeby to co gram pasowało do sposobu, w jaki Paul śpiewa w tym momencie; może modyfikując ją lekko, żeby lepiej współgrała z jego głosem. Chcę też, żeby to było coś MOJEGO, chociaż oczywiście w tym wypadku gram coś co jest dziełem wspaniałego Paula Kossoffa. Więc będę próbował, pomimo potu i innych rozpraszających czynników, być godnym interpretatorem tego dzieła. W przypadku naszych własnych piosenek, jest naprawdę bardzo podobnie... interpretuję dzieło mnie z przeszłości. Nie jestem już taki sam, jestem w innej sytuacji, ale wciąż odnoszę się do oryginalnego utworu. "Trzymanie się piosenki" to dla mnie gwarancja że nie jestem fałszywy, niczego nie udaję... to gwarancja, że moja pasja jest autentyczna. Bo w Rock'n'Rollu, bez dobrej piosenki, i dobrego wykonawcy, wszystko jest na próżno!

h) Czy jestem pewny siebie?

Pewność siebie to niezbędny element w każdym momencie. Może pojawić się i zniknąć w mgnieniu oka. Bez prawdziwego przekonania, wszyscy mamy zwyczaj starać się za bardzo. Pewność siebie bierze się stąd, że wiesz co robisz. Część pochodzi z praktyki i planowania. Ale większość, tak jak umiejętność prowadzenia samochodu, bierze się z ciągłego powtarzania czynności, aż staje się to drugą naturą. Kiedy jedziemy samochodem, a ktoś nagle wyskoczy przed maskę, nie myślimy: "Jak muszę zadziałać swoimi nogami i rękami, żeby ten samochód zmienił swoją prędkość i kierunek jazdy?". Po prostu ufamy naszym odruchom i hamujemy, nie zdając sobie nawet sprawy, co dokładnie robimy. Podobnie jest w przypadku grania koncertu. Oczywiście, nigdy nie jesteśmy przygotowani perfekcyjnie, bo wszystko się zmienia, częściowo bo chcemy eksperymentować, a częściowo z tego że zawsze zdarzy się coś, na co nie mamy wpływu. Ale nasze zasadnicze umiejętności pozwalają nam poradzić sobie z większością kryzysów. To przychodzi z czasem. My wszyscy pracujący pod szyldem Queen + Paul Rodgers, zawsze zdajemy sobie sprawę, że osiągnęliśmy szczyt możliwości właśnie w tej chwili, kiedy czas wracać do domu. Czy to nie ironiczne? Cóż, może nie... może po prostu nieuniknione!

i) Czy nadążam, czy nie jestem po prostu wyczerpany?

Ogólna kondycja fizyczna jest bardzo ważna, i to również nie jest czynnik łatwy do przewidzenia. Dzięki kombinacji jazdy na rowerze, ćwiczeń rozciągających i dobrego snu, w końcu udało mi się osiągnąć dobrą formę w Nagoya, naszym przedostatnim koncercie. Schodząc ze sceny czułem, że jeszcze zostało mi trochę energii. Wziąłem dzień wolnego - no, właściwie cały spędziłem w podróży - i następnego dnia już się czułem zmęczony... trudno było utrzymać fason... choćby stojąc na nogach... nie mówiąc już o szalonym bieganiu po scenie! Może powinien dołączyć do rozsądniejszego zespołu, takiego jak Cream. Rozsądnego ale wspaniałego rzecz jasna.

* * * * *

Jak widać, wiele mieści się w tej jednej sekundzie w mojej głowie podczas koncertu Queen, wszystkie te a) do i) w dowolnej kolejności. Nie jest to oczywiście kompletna lista i nawet nie wspomniałem o wielu innych myślach, które przychodzą do głowy w czasie grania... nieproszone... myślach, które dotyczą podstawowych potrzeb życia, głodu, pragnienia, seksu, podróży, domu, rodziny, życia, śmierci... wiadomości... itd. Jest też na przykład: "Czy ja się dobrze bawię?", "Czy ONI się dobrze bawią?", i "Nawet jeśli następna nuta którą zagram będzie dobra, albo nawet fraza, to czy nie trafię przez nią w miejsce, z którego nie będę mógł się wydostać, albo czy nie zmyli to innych członków zespołu?". I (w Los Angeles) "Co to za dziwne zwierzę, które właśnie wylądowało przed moimi nogami?!".

* * * * *

Ale dla mnie najważniejsze są chyba opuszki palców. Oprócz mnóstwa elementów, takich jak światło i dźwięk, rodzaj sceny itd., dla mnie wszystko zależy od kilku milimetrów kwadratowych skóry, które stykają się ze strunami mojej gitary. Właśnie wyrabiałem sobie zgrubienia na skórze, których potrzebowałem do zagrania koncertu w Los Angeles. Rano, kiedy robiłem śniadanie dla siebie i swojej córki, podgrzałem talerz a potem go podniosłem, zapominając o tym, że jest gorący. Sparzyłem cztery palce lewej ręki... właśnie te którymi przyciskam struny. Jeden miał całkiem spory pęcherz, który na szczęście znajdował się milimetr od miejsca, gdzie skóra styka się ze struną. Ale bardzo bolał. Ten koncert był dla mnie kwestią przetrwania. Niezbyt dużo zabawy, tak jak powinno być. Za każdym razem kiedy próbowałem zrobić duże podciągnięcie, palce protestowały i nie mogłem się wczuć. Jasne; żadnych wymówek - wiem, że to był dobry koncert - tam jest dosyć dobrych rzeczy, nawet gdybym wszystko zepsuł. Samo patrzenie na światła Barry'ego wynagradza cenę biletu! Wszyscy wkładamy w produkcję koncertu dużo ciężkiej pracy i inspiracji, żeby było jak najlepiej. Ale ja byłem sfrustrowany i trochę przybity. Jakbym trochę zawiódł wszystkich.

Kiedy palce się zagoiły, moja pewność siebie powróciła, i myślę że w Japonii osiągnęliśmy ten stan "podświadomej wiary w siebie" i zagraliśmy kilka świetnych koncertów. Nie mogę się doczekać aż zagramy w USA następnej wiosny. A potem... kto wie...

Pozdrawiam
Brian

z oficjalnej strony Briana Maya

tłumaczenie Wundżun




Tstankie 2005